Kompleksy to czasem ledwie widoczny ślad, czasem palący jak świeża rana. Są historią, która zapisuje się w ciele, zanim nauczymy się ją nazywać. Pamięcią chwil, spojrzeń, słów rzuconych mimochodem, które zostają z nami na dłużej, niż byśmy chciały.

Moje? Przyszły wcześnie. I narobiły bardzo duuuuzo hałasu.
Jak burza, która niszczy wszystko. A później jak szept powtarzały się wystarczająco długo, by stać się wewnętrznym głosem. Najpierw był wstyd. Potem potrzeba schowania się. Później przekonanie, że coś ze mną jest nie tak.

Miałam ich całą kolekcję. Kolor włosów, który nie pasował. Zęby, które nie układały się w „ładny” uśmiech. Ciało, które nie spełniało cudzych wyobrażeń o kobiecości. Z pozoru drobiazgi, z których z czasem powstała opowieść o mnie — nie moja, ale taka, w którą uwierzyłam.

Zaczęłam wierzyć, że moja wartość zależy od tego, jak wyglądam. Że jeśli się poprawię, wygładzę, zmienię w końcu ZASŁUŻĘ. Więc zmieniałam się bez końca. Eksperymentowałam z wyglądem, z wizerunkiem, z tym, kim jestem na zewnątrz. Nakładałam na siebie kolejne MASKI aż w pewnym momencie przestałam się rozpoznawać. Jakby prawdziwa ja została gdzieś pod spodem, czekając, aż przestanę ją przykrywać.

Z każdym dniem dokładałam nową warstwę. Dopasowywałam się do oczekiwań, do nastrojów innych ludzi, do tego, co miało sprawić, że będę łatwiejsza w odbiorze. Chciałam być akceptowana, niewidoczna w tym, co niewygodne, wystarczająca w tym, co pożądane. I za każdym razem, gdy myślałam, że to już wystarczy, pojawiało się kolejne „jeszcze”.

Ciało zrozumiało szybciej niż ja. Zaczęło reagować, jakby chciało mnie obudzić. Napięciem, zmęczeniem, potrzebą kontroli. Zaburzenia odżywiania. Jedzenie przestało być prostym gestem troski, a stało się polem walki. Granice przesuwały się coraz dalej, a ja myliłam dyscyplinę z miłością do siebie. Byłam coraz bliżej znikania, wierząc, że to właśnie w tym kierunku prowadzi akceptacja.

Przyszło zmęczenie. Osadzało się w ciele jak ciężki pył, którego nie da się zmyć jednym dniem odpoczynku. Sen nie przynosił ulgi, a każda próba „ogarnięcia się” kończyła się kolejnym napięciem. Choroby, kontuzje, drobne wypadki. Ciągłe sygnały, których nie chciałam słuchać.

Aż w końcu przyszło zderzenie z prawdą. Wróżka uświadomiła mi ku mojemu zdziwieniu, że to nie świat jest zbyt wymagający, ze nie wisi nade mną żadna klątwa. (Już nie miałam na kogo zrzucić odpowiedzialności). To ja żyję w nieustannym napięciu i musze wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Po mału zaczęło do mnie docierać, że od lat próbuję być kimś innym, wierząc, że wtedy będzie bezpieczniej. Że nie słucham siebie, bo boję się tego, co mogę usłyszeć.

To nie była decyzja o naprawianiu siebie. To było pozwolenie, by przestać ze sobą walczyć. Zamiast kolejnych strategii zaczęłam budować relację. Z ciałem, które przez lata było polem bitwy, a nigdy wrogiem. Z emocjami, które nie chciały zniknąć, tylko zostać wysłuchane. Z prawdą o sobie taką nieidealną, ale żywą.

Dziś wiem, że kompleksy nie znikają jak za dotknięciem różdżki. Ale mogą przestać rządzić. Mogą stać się częścią historii, a nie jej centrum. Mogą przestać mówić głośniej niż ja sama.

I właśnie z tego miejsca powstał warsztat KOMPLEKSY.
Nie jako próba zmiany.
Nie jako obietnica „lepszej wersji siebie”.

Ale jako zaproszenie do powrotu. Do spotkania z ciałem, które pamięta. Z emocjami, które chcą przepłynąć. Z sobą taką, jaka jesteś. Bez masek. Bez poprawiania. Z uważnością, czułością i szacunkiem do własnego tempa.

To nie jest droga do ideału.
To jest droga do siebie.



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *